Translate

12 czerwca 2013

Lustro decu.

Żeby nie było, że tylko spekaniami się bawię :) Lustro do korytarza, w tematyce afrykańskiej, pasuje do egipskich obrazów :) Kompletnie "nie widziałam" jak będzie wyglądało to lustro, układałam elementy, przyklejałam i dopóki nie maznęłam ostatniej kreski farby, to nie widziałam tego lustra. Każda kolejna warstwa farby, kolejny kolor cieniowania i wszystko się zmieniało, cały wygląd. Dość zaskakująca praca to była :) A do tego, bardzo mi sie podoba :) Jeszcze nie wiem jak będzie wyglądało na ścianie, czy nie bedzie zbyt jaskrawe - najwyżej pomyślę o czymś równie jaskrawym dla równowagi. 
I nie wiem co jeszcze napisać?! Jakoś tak dziwnie w tym tygodniu, niby jak zwykle sporo do zrobienia, coś tam szydełkowałam, troche decu, ogród, praca, a jakoś mi się ślimaczy ten tydzień. Oczywiście czasu brakuje mi na wszystko, ale wczoraj wieczorem byłam święcie przekonana, że to już środa, a przecież to był wtorek... 
Pod ostatnim postem w komentarzach Trilli wytłumaczyła zastosowanie predparatu dwuskładnikowego do spękań, ciekawych "tego mazidła" zapraszam do poczytania. Dziękuję Trilli!
Pozdrawiam i życzę miłego dnia!

11 czerwca 2013

Decu podkładki i kilka słów o spękaniach.

Znów decouage :) I końca nie widać, kilka zdjęć jeszcze w zapasie, a dziś zabieram się za skrzyneczkę i może coś jeszcze :) Zrobię też sesje fotograficzną kilku moich ostatnich dziergadełek, to jako przerywniki będę wrzucała :)

Przedstawiam Wam drewniane podkładki pod kubki, pucharki z lodami i deserami, szklanki.


Troszkę spekań, delikatny wzorek, a nawet mi się podobają. Zamalowałam je chyba pięcioma warstwami lakieru takiego do drewna w ogrodzie (więc teoretycznie są wodoodporne). 
Wczoraj w komentarzach Gosia napisała, że nie wie kiedy przyklejać serwetkę, gdy uzywamy preparatu do spekań (he, he, sama myślałam nad tym przez kilka godzin). Otóż ja nie jestem specjalistką, właściwie to praca z tym preparatem to "jak wyjdzie", a nie "jak chce".
Mogę się jednak podzielić z Wami tym co już wiem i mam również prośbę do tych z Was, które znają się na tym trochę bardziej, by w komentarzach podawały jakieś wskazówki czy linki. Bo powiem szczerze, że albo ja byłam zbyt niecierpliwa i nie szukałam dogłębniej, albo instrukcji jak używać preparatu jednoskładnikowego jest bardzo mało.
Napiszę co wiem:
1. Pierwsza warstwa farby - kontrastowa do farby wierzchniej - to ten kolor będzie przebijał się w spekaniach. Czekamy do wyschnięcia.
2. Nakładamy preparat. Nie zbyt grubo, ale też nie za cienko - rozprowadzam go pędzelkiem o dość krótkim włosiu.
Nie mam pojęcia, czy wielkość pędzelka wpływa na wygląd spekań? 
Czy kierunek rozprowadzania preparatu też ma jakiś wpływ na to?
Czekamy do wyschnięcia.
3. Nakladamy warstwę wierzchnią farby - jednym pociągnięciem pędzla - każda poprawka, powrót pędzlem, dodatkowe pociągnięcie, czy zatrzymanie pędzla - zamazuje spękania. I z tego co wyszukałam w internecie, to do malowania tej warstwy farby dobrze jest używać szerokiego pędzla.
I kolejne pytanie: czy tą warstwę farby można nakładać gąbką, czy wałkiem? 
4. Teraz serwetka - pod motywem serwetki bedzie widać spękania (no chyba, że bedą one miały taki sam kolor jak motyw serwetki) - można spojżeć na zdjęcie nr 2 w tym poście - tam dokładnie widac spękania pod serwetką.
5. I lakierowanie.
A czy któraś z Was pracowała kiedyś z preparatem dwuskładnikowym?
Który jest lepszy, daje więcej możliwości? Jak uważacie?
Licze na Wasza bogatą wiedzę i doświadczenie :)
Pozdrawiam i życzę miłego i udanego dnia :)


10 czerwca 2013

Decu ozdóbki do łazienki.

A bo tak pusto na szafce miałam, tak podczas sprzątania w łazience mnie naszło, że coś by mogło tam stać, bo łyso i pusto. Szybki rekonesans, nic już gotowego nie pasowało - więc, jak zwykle :) - zrobiłam coś decu. Wdzięczna technika :). Zrobiłam butelkę, która  ma nawet zakrętkę, więc jakby co to mogę do niej coś wlać :) A że starsznie mi się spodobało malowanie z crack'iem postarzającym, to hurtem powstał jeszcze słoik, w którym trzymam troche suszonej lawendy - nienawidze tych sztucznych chemicznych "zapachów" - czyli smrodów, tych do psikania, czy do stawiania, do wieszania (toleruję jedynie pachnidła do prądu i automatyczne urządzenia, ale też niektóre tylko zapachy mi odpowiadaja i tylko z jednej firmy). Pachnie, nie mocno, ale przyjemnie i delikatnie.

To tak w kwstii z cyklu co mnie wkurza i o pachnidłach :) A teraz czas na decu:



Tylko przesadziłam z jedna rzeczą - niepotrzebnie przykleiłam napis "Lawender"...
U mnie dość robótkowo ostatnio, sporo "mniejszych" rzeczy robię, więc dużo się nazbierało :)
Oczywiście ogród zabiera mi najwięcej wolnego czasu :) A końca prac niewidać... Ciepło, fajnie, to aż się nie chce w domu siedzieć :) Wczoraj męska część rodziny pojechała na przejażdżkę rowerową nad morze (oczywiście musieli się trochę popluskać). Niestety ja z Julią musiałyśmy wrocić do domu, bo brzuch rozbolał Julię i po 2 km wracałyśmy. Ale jeszcze się przejedziemy nie raz, bo mąż znalazł ścieżkę rowerową z ominięciem wielkiej góry, więc tym bardziej kusi :)
Ja uciekam, do obowiązków :) 
Pa! Miłego dnia życzę!

06 czerwca 2013

Serwetnik, ogród i wycieczka.

Zacznę od nieudanej pracy, bo nie jestem z niej zadowolona... myślałam, że będzie wyglądało lepiej, inaczej...

Serwetnik, który miał już namalowane kwiatki, zamalowałam i przykleiłam nowe kwiatki - właściwie to to nawet głupio brzmi, ale uparłam sie na akurat te kwiatki i koniec! Do malowania użyłam farby akrylowej zmieszanej z klejem do porcelany - bo serwetnik był z jakiejś ceramiki oszkliwionej. Teraz wygląda o tak:

Właściwie to dobrze wygląda, ale kurcze... miałam inną wizję.
A w ogrodzie, eksplozja kolorów na rododendronach.
Truskaweczki :) Niektóre jeszcze kwitną, a inne mają owocki, ale w tym roku, to chyba późno będą truskawki...
I nasz pierwsza wielka wyprawa rowerowa. 
Od jakiegoś czasu się na nią szykowaliśmy, ale musieliśmy poczekać, aż Julia zacznie stabilniej jeździć. Chłopcy tez już zasuwają na swoich 4 kółkach, ale jeszcze nie czas na większe wycieczki z nimi na rowerkach, więc musieli zzadowolić się przyczepką :)
Plan był ambitny, bo chcielismy jechać nad morze, to ok 9 km w jedną stronę. Niezaryzykowaliśmy, przed zjazdem z wielkiej góry stwierdziłam, że zjechać z niej i dojechać nad morze to nie problem, ale wrócić, to już Julia może mieć problem. Więc wróciliśmy i zrobiliśmy 9,5 km. Właściwie to mało, ale jak na Julkę to dość dużo, bo wcześniej jeździła jakieś 5-6 km. Jechało się bardzo dobrze, pogoda przypasowała, a ja tak się "zmęczyłam", że aż musiałam bluze założyć :)
Dokumentacja zdjęciowa z miejsca zawrócenia.
To tyle na dziś, i czas by życzyć Wam dobrego weekendu :) Do poniedziałku! Pa, pa, pa!