Dziś post "nie robótkowy", choć z niezłym dokonaniem w innej dziedzinie :). Miałyby dziś być zdjęcia ogrodowe, ale aplikacja na telefonie się aktualizuje i nie mogę zrzucić zdjęć, a czasu później nie będę miała, więc zdjęcia ogrodowe w przyszłym tygodniu. Trochę już w ogrodzie zrobione, krzewy przycięte, rabatka z cebulkowymi roślinami wysprzątana, mikrofibra na chwasty wyłożona, kora wysypana, no to jakieś 1/6 rabatek zrobiona... co prawda liczyłam, że zdążę przed deszczem - bo po deszczu jak wszystko ruszy, zazieleni się i usuwanie zeszłorocznych niedobitków chwastów nie będzie łatwe, ale trzeba było jeszcze szklarnię umyć i tu zdążyć przed słońcem, co by się nie uprażyć. Szklarnię umyłam razem z Julką - pomocnica niezastąpiona - Ona lała wodą z płynem, a ja pucowałam. Kilka godzin to trwało, trochę nas przygrzało wewnątrz, ale dałyśmy radę. No cóż... tak idealnie wymyłyśmy szklarnię, że wczoraj sikorka się o nią zabiła, na szybie został ślad i trochę puchu, a sikorka na dole... Od wczoraj pogoda niezbyt ciekawa, a dziś pada od świtu. Ale to dobrze, bo nastepny tydzień ma być słoneczny, więc się zazieleni :) Tymczasem ja mam w domu "wielkanocną choinkę", czyli kawał brzozy :) W czasie Wielkanocy na brzozie wisiały jajka, ale wtedy nie było jeszcze listków... a tydzień czasu w wodzie stała! Jajka zdjęłam zaraz po świętach i brzoza się zazieleniła :) Zdjęcia zrobione zaraz po świętach :)
Teraz będzie o słodkościach :) Ostatnio dość często coś piekę, jak nie bułki, to ciasta, ciastka, babeczki, muffinki... ale ciężko mi nadążyć z robieniem zdjęć... bo zrobię i zaraz zabieram się za coś innego, a później to nie pamiętam o zdjęciach. Tym razem to co robiłam, było tak cudne i tak fascynujące, że musiałam to uwiecznić. To byly muffinki Hit- hat cupcakes (przepis tu: http://www.mojewypieki.com/przepis/babeczki-z-piankowymi-kapeluszami-hi-hat-cupcakes). Ale pokolei. Najpierw wzniosę zachwyty pod adresem samych muffinek - cudowny smak, niesamowicie puszyste, delikatne. A pianka... zabierałam się za te babeczki od dawna, aż stwierdziłam, że spróbuję... i się udało. Pianka wyszła cudowna, jak ta którą pamiętam z "zimnych lodów". Niesamowite! Polewa, o dziwo pianka się nie odrywała od muffinki!, o idealnej konsystensji, pięknie zastygła i co tu dużo pisać! Jesteśmy nimi zauroczeni. Choć słodkie jak nie wiem, rodzina była zachwycona! A nadmiar polewy czekoladowej trzymam w kubku w lodówce i używam jako polewy na ciasta (jak wczoraj np), podgrzewam w mikrofalówce w najniższej temperaturze przez kilka minut, ze środka wylewam ile potrzebuję, a reszta do lodówki :) Czas na muffinki:
Zdjęcie samej muffinki coś niewyraźne, ale spieszyłam się, bo znikały w tempie zastraszającym :) Na dziś tyle. Pozdrawiam wszystkich, którzy mnie odwiedzają i dziękuję za komentarze!!!
Kolejne i nie ostatnie skarpetki w tym miesiącu. Mam jeszcze jedne, już zrobione, co prawda nie moge pochować nitek, bo nie wiem czy dobry rozmiar, więc jakby pruć trzeba..., ale są... "potwory".
Dziś tematem są skarpetki dla Julki, do kaloszy :) Sobie wymyśliłam dwukolorowe :)
Miałybyć z warkoczem, ale mi się wzór ni jak nie mieścił na skarpetce, zmniejszałam i musiałabym z trzech warkoczy zrobić jeden... a tak to ja nie chciałam. A mnie znów mało będzie w "tym" świecie, ale powód jest o wiele przyjemniejszy niż nadmiar pracy, otóż pogoda... jest cudowna, idealna do prac w ogrodzie. Już właściwie od świąt szalejemy w ogrodzie, każdą wolną chwilę, teraz to ja wręcz się muszę spieszyć, póki za ciepło nie jest, bo właśnie szklarnie doprowadzam do ładu :) To ja uciekam! Pa, pa i miłego dnia życzę!
Pokażę Wam dziś jak to było u Nas w czasie Wielkiej Nocy. Zacznę od Grudnia, który nie zakwitł na Boże Narodzenie, nie wiedziałam czemu, a teraz już wiem... Śnieg za oknem, grudzień kwitnie, tylko te kurczaki coś nie pasowały :)
A takie kurczaki robili Chłopcy w przedszkolu, na drucikach przyklejali kawałki gipsowego materiału (nie mam pojęcia jak to się nazywa - wygląda jak bandaż z gipsem ). Teraz kolej na moją dumę wielkanocną - zakwas na żurek :) Z mąki pełnoziarnistej żytniej.
Ja do babeczke wciskałam krem, a dzieci winogrona i jajeczka i całą resztę. Szkoda, że nie chciały mnie słuchać i winogrona wciskały dziurkami po ogonkach do góry, ale co tam, dla nich ważne było, by były słodkie :) A teraz zmagania mojej pomocnicy :) Strasznie dużo mi pomaga w kuchni. Tu kilka zdjęć z akcji krojenia na sałatkę jarzynową :)
Tylko ziemniaki jej nie pasowały, bo klejące były :) To tyle z cyklu wspomnień. A teraz czas na przestrogę! To może osoby wrażliwe niech nie patrzą. Otóż jestem z tych osób, które do wszelkiego sprzątania i używania płynów chemicznych używają rękawiczek... nawet do mycia okien, nawet ziemniaki obieram w rekawiczkch - nie chodzi mi o to, że się ciężko potem domywają, ale o to, że zaraz mam jakieś przygody - a to mi opuszki pękają, a to skóra robi się szorstka i powstaja ranki... no dość wrażliwe takie te dłonie mam. I z tej mądrości, a bo tylko chwilę, raz przetrzeć, płynem alkaicznym (a z czym wam się kojaży to słowo? mi z bateriami, czyli z jakimś tam kwasem - chemikiem nie trzeba być, by brzmiało to groźnie )... i tak kapkę do wody wlałam, zamoczyłam gąbkę... oj coś mnie szczypie dłoń... No, wyżarło mi skórę. Brawo! Trzeba być wybitnym... A żebym to ja pierwszy raz używała tego płynu... I tak na przestroge, dla tych co myślą że rękawiczki to dla wrażliwych - moja skóra kiedyś taka nie była i myślę, że ją uwrażliwilam nie używaniem rękawiczek.
Zbliżeń nie pokażę, to zdjęcie wygląda naprawdę "lajtowo". Dziękuję za chwilę uwagi :) Za komentarze pod poprzednim postem i odwiedziny :) Pozdrawiam i życzę udanego weekendu!
Najpierw bedzie o torebeczce, a potem ... ponarzekam na brak czasu.
W zeszłym roku dla Julki koleżanek z klasy (sztuk aż 10), robiłam szkatułki i komódki decu. No może nie dla wszystkich bo z tego co pamiętam to dwie koleżanki dostały perfumiki - z tego jedna już zaznaczyła, że na kolejne urodziny chce komódkę :). Koleżanki obdarowane, a ja musiałam cos wymyślić na prezenty w tym roku. Padło na torebki, kolorowe z elementów, właściwie to wykorzystanie resztek a z pożytkiem :) Już teraz kończę kolejną torebkę :), lepiej żebym miała jedną torebkę zapasu :) Tyle o przyszłości, a teraz czas na torebkę dla Nikoline.
Torebeczka spodobała się bardzo, usłyszałam budujące słowa zachwytu od rodziców Nikoline, a Julia z dumą opowiadała o tym jakie przerażenie w oczach mają jej koleżanki i ich rodzice gdy mówi im, że szkatułki decu czy torebkę szydelkową robiłam ja. Aż się człowiekowi miło robi. Tyle o torebce, teraz czas na kilka słów o przeszłości... Otóż nie było mnie i to długo, strasznie mnie to męczyło, ale nawet jakbym chciała, napisać cokolwiek, to najzwyczajniej w świecie nie miałam czasu. Niedość że dużo pracy miałam, to jeszcze się pochorowałam i skończyło się na antybiotyku... Od poniedziałku przed świętami mieliśmy ferie, a w tym roku wyjątkowo, nie od czwartku, ale właśnie od poniedziałku feria miał nawet mój mąż, więc kocioł był nie do ogarnięcia... Dobrze, że od piatku pogoda się zaczęła poprawiać i dzieci mogły się pobawić na ogrodzie. A wczoraj... piekna pogoda, byliśmy na spacerze i aż żal było wracać, ale musiałam, bo chleb rósł... Ale za to przez następne dwie godziny szalałam w ogrodzie, pograbiłam liście, ogarnęłam rabatę z cebulkami :) Tego mi było trzeba :) Chciałam Wam coś jeszcze pokazać, ale nie wiem czy to nie jest zbyt drastyczne, to tak ku przestrodze miało być, ale to może następnym razem. I jeszcze tak na koniec, chcę serdecznie podziękować za życzenia świąteczne jakie otrzymałam od Jomo, Agnieszki, Na-stole, Insomni i Gugi. A ja tak poświetach, ale szczerze, chcę Wam życzyć by Zmartwychwstały Chrystus pozostał w Waszych sercach z tą wielką mocą, która pozwala nam przezwyciężać trudy codzienności. To tyle na dziś, pewnie nie prędko wrócę w pełnym wymiarze do blogowego świata, podgladam co jakiś czas co tworzycie, o czym piszecie (a i wspomne tu, niestey nie w komentarzu, ale dobre i to - jestem zachwycona i pelna podziwu dla Anstahe za jej pierwszą szydelkową robótkę!!!). I łączę się z Wami w nawoływaniu pogody bardziej wiosennej. Ja generalnie nie narzekam na pogodę, zima ma prawo być jeszcze w kwietniu, a przedwiośnie to ja już czuję i słyszę od marca, a śnieg jakoś mnie nie przerażał, ale w tym roku to już nawet moje kurtki zimowe zapinać sie już nie chcą! Więc lepiej żeby za zimno już nie bylo... A dokłanie 2 kwietnia 2003 roku w moim rodzinnym mieście było śniegu po kolana. Dobra, bo się zagadałam :) Zmykam posprzatać i może się uda wyskoczyć do ogrodu :) Pozdrawiam!!!